Czego Aborygen może nas nauczyć?

2007-01-16 20:24
halley

Krzysztof Zajdel

Czego Aborygen może nas nauczyć?

Przeczytałem niedawno niezwykła książkę Marlo Morgan ,,Wołanie z końca świata” wydawnictwa Świat Książki. Poruszyła mnie tak bardzo, iż cały czas o niej myślę, mimo, że wydana była w 1995 roku.



O czym ona jest? W świecie Jamesów Bondów, szybkiego przepływu informacji, pogoni za dobrami doczesnymi, niszczeniu przyrody, poszukiwaniu religii, gubimy gdzieś siebie. Z pobłażaniem patrzymy na ludzi gorzej od nas stojących w hierarchii społecznej, innych kultur, religii.
Doktor Morgan wyruszyła z Aborygenami w podróż, która miała na zawsze zmienić jej życie.
Jak to się stało? Przebywając w Australii na zaproszenie tamtejszych lekarzy, zajmowała się młodymi półaborygenami, którzy zagubili się w życiu. Pomogła im znaleźć pracę i stać się niezależnymi. W podziękowaniu plemię aborygenów zaprosiło ją na spotkanie. Jakież było jej zdziwienie, kiedy kazano jej zostawić przed wejściem do baraku wszystkie swoje rzeczy, ubranie. Otrzymała specjalny strój i ,,oczyszczono” ją dymem. Propozycja wyruszenia w poprzek Australii pieszo zaskoczyła ją. Niemniej powodowana jakimś impulsem poszła.
Początki były trudne, bolały nogi, brakowało zdobyczy cywilizacji. Grupa liczyła 62 osoby- było to całe plemię ,,Dobrych ludzi”- tak się nazywali. Każdy członek plemienia miał jakąś swoją specjalizację, którą mógł służyć grupie. Byli naprawiacze, uzdrowiciele, myśliwi, poszukiwacze wody. Świetnie orientowali się w terenie, potrafili po śladach pozostawionych na piasku powiedzieć kto szedł, co niósł i jak dawno to było. Mieli dar wyszukiwania wody i znajdowali ją nawet w najdziwniejszych miejscach- na przykład wkładając tyczkę w piasek. Pożywienie stanowiło to, co akurat znaleźli lub upolowali. Generalnie Aborygeni z plemienia ,,Dobrych ludzi” byli wegetarianami, ale odkąd ludzie wypchnęli ich z ich naturalnych terenów i pozagradzali duże fragmenty kontynentu na hodowlę owiec, jedli także mięso. Tak więc posiłkami były węże, kangury, zakopane w błoto żaby, dzikie wielbłądy, jaszczurki, krokodyle, wygrzebane z kory larwy, mrówki, jaja ptasie, krokodyle i inne potrawy, których widok na pewno odstraszyłby niejednego domorosłego kucharza. Za paliwo służyły dzikie trawy, nawóz zwierzęcy, uschnięte patyki.
Za każdym razem, kiedy tubylcy chcieli coś upolować prosili Boga, aby zesłał im dar. Wybrane zwierzę w myślach przepraszali za to, że zostanie upolowane i zjedzone. Zazwyczaj to zwierze nie broniło się, padało szybko od strzał myśliwych- tak jakby na to czekało. Spożywano posiłek, a to co nie dało się zjeść pozostawiano psom dingo. Mięso było pieczone w dole, do którego nasypywano trawy i krzewy, a potem podpalano i przykrywano popiołem. Niekiedy pewien rodzaj mięsa, spożywany był tylko z konieczności, gdyż wedle przekonań Aborygenów, wytwarzał złe wibracje, gdyż zwierzę za życia było złe- na przykład krokodyl. Dlatego przed posiłkiem należało poprzez modlitwę odwrócić te złe wibracje.

Aborygenom wystarcza woda w potrawach, które zjadają. Na potrzeby doktor Morgan nosili z sobą specjalne pojemniki na wodę. Dla niej też przyrządzali herbatę z ziół. Gotowali wodę nagrzanym kamieniem w pojemniku ze skóry, a potem wsypywali zioła. Po naciągnięciu była to najwspanialsza herbata pod słońcem.
Mimo braku wody, szamponów i mydła- aborygeni nie śmierdzieli. Problemy miała tylko doktor Morgan, dlatego cały czas szła za nimi wataha psów dingo, gdyż jak to określili Dobrzy ludzie- pachnie jak kawałek zepsutego mięsa. Doktor porozumiewała się z nimi za pomocą gestów, jeden tubylec umiał angielski i często służył jej jako tłumacz. Tubylców zawsze dziwiły pytania jakie zadawała, gdyż niektóre rzeczy były dla nich oczywiste. Żeby znaleźć wodę, trzeba stać się wodą, myśleć jak woda, zachowywać się jak woda, smakować w powietrzu wodę i prosić o wodę. Na pewno będzie ona nam dana.
W ogóle swój los i to jak żyją, uważali za dar od Boga. Bóg nie jest zły i dba o swoje dzieci- wszystkie dzieci na świecie. Jeżeli coś chcemy, co jest nam niezbędne do życia- to poprośmy Boga, on nam to da. Nie należy mieć więcej, aniżeli jest potrzebne w życiu. Tak też wychowują swoje dzieci. Jeśli dziecko bawi się zabawką, a drugie chce mu ją odebrać, to wówczas wszyscy dorośli patrzą z dezaprobatą na nie, aż zmieszane odstąpi od swego zamiaru. I następuje dziwna rzecz: to dziecko co bawiło się zabawką podaje je temu, które chciało mu ją odebrać. Jedno cieszy się, że mogło się podzielić, drugie, że zyskało przyjaciela i nie zabrało zabawki. Wyobraźmy sobie u nas podobną sytuację w piaskownicy, kiedy jeden malec zabiera drugiemu łopatkę. Awantura gotowa, do tego jeszcze włączają się dorośli. Ileż konfliktów w rodzinie i szerzej rodzi się z drobiazgów? Dobrzy ludzie twierdzą, że dzieląc się z kimś czymkolwiek, to postępujemy tak, jakbyśmy dzielili się z samym sobą. Każdy człowiek jest Bogiem lub częścią Boga, dlatego nie wolno nikogo krzywdzić. Od tysiącleci przestrzegają tych praw. Doktor Morgan zdziwiło to, że mimo braku antykoncepcji każdy ma tyle dzieci, ile jest mu potrzebne. Zapytała się ich, jak to robią. Powtórzono jej, że wiele dusz chciałoby urodzić się w ich plemieniu, ale nie może być ono zbyt liczne, gdyż umarliby z głodu, lub zaburzyli naturalny rytm przyrody zabijając więcej zwierząt. Dlatego jak jakaś para nie chce mieć dzieci, to ich nie ma, a jak chce, to prosi o to Boga i otrzymują dziecko.

Największe zdziwienie u doktor Morgan wywołało porozumiewanie się telepatyczne, pomiędzy członkami plemienia. Idąc pewnego razu wzdłuż pustyni prowadzący zatrzymał się nagle i nakazał ciszę. Wyciągnął przed siebie ręce i zamarł w ciszy. Po chwili powiedział, że łowca który jest kilka godzin drogi przed nimi upolował kangura i pyta się, czy może odciąć mu ogon i zostawić go, gdyż nie będzie miał siły nieść kangura z ogonem. Grupa zezwoliła mu. Jakież było zdziwienie doktor Morgan, gdy po kilku godzinach ujrzała łowcę niosącego kangura na plecach bez ogona. Dobrzy ludzie powiedzieli jej, że najlepiej rozmawiało się im telepatycznie z delfinami. Mieli z nimi najlepszy kontakt. Pod koniec wędrówki doktor Morgan mogła telepatycznie porozumieć się w prostych pytaniach i odpowiedziach z każdym z członków plemienia.
Na swój sposób Dobrzy ludzie byli najbardziej ekologicznymi osobami na kuli ziemskiej. Każde obozowisko pozostawało w takim stanie, w jakim je zastano. Szanowano każde zwierzę, gdyż stanowi cząstkę całości. Dzięki ptakom jest roślinność, ponieważ w ich odchodach są nasiona. Zwierzęta dostarczają nawozu, rośliny pożywienia. Wszystko stanowi zamknięty obieg i należy go szanować. Szanowali nawet pozostałości po białym człowieku, zreperowali krzyż na grobie, który stał na szlaku ich wędrówek od ponad stu lat, a o którym biali dawno zapomnieli.
Pod koniec wędrówki pozwolono doktor Morgan wejść do ich miejsca kultu, dużej groty ukrytej w piaskach. Była jedynym ,,odmieńcem” jakiemu pozwolono dostąpić do tego świętego miejsca. Czas mierzony był wędrówkami i rysunkami na ścianie. Każde zdarzenie (ważne) odnotowane było na ścianie. Ze zdziwieniem doktor Morgan dowiedziała się, że te rysunki są tutaj od niepamiętnych czasów. Były obrazy przedstawiające potop, wybuch bomb atomowych ( w czasach zimnej wojny Australijczycy testowali wybuchy bomb na pustyni), zamierzchłe dzieje.
Wiara Aborygenów jest prosta jak ich życie. Wiedzieli o wielu faktach z historii, mimo, że nie czytali gazet, ani nie oglądali telewizji. Wiedzieli, że wiele lat temu urodził się Jezus po to, aby w tym regionie świata pokazać jak należy żyć. Im nie był potrzebny- bo co by im powiedział: żyjecie tak jak przykazałem!

Doktor Morgan ciekawie określiła ich życie, że żyją jak świeca, która spala się równym światłem i daje duży blask. My niestety miotamy się w tym życiu, zapadamy w młodym wieku na choroby, których jesteśmy przyczyną, nic nas nie cieszy, wykonujemy niepotrzebne rzeczy, przywiązujemy wagę bardziej do dóbr doczesnych, aniżeli duchowych. To wszystko powoduje, iż nasze życie mija nieciekawie bez harmonii, spokoju wewnętrznego. Nie umiemy słuchać i rozmawiać, zapatrzeni jesteśmy w siebie. ,,Nie osądzamy odmieńców. Modlimy się za nich i odpuszczamy im, tak jak modlimy się za nas samych i o odpuszczenie naszych win. Modlimy się, by odmieńcy przyjrzeli się z bliska swoim czynom i wartościom, jakie wyznają i nauczyli się, dopóki nie będzie za późno”
Doktor Morgan wróciła z tej wędrówki odmieniona. Już nic nie było takie jak przedtem. Śmieszyło ją, że ktoś każe zrobić imitację diamentów, po to, aby oryginalne schować w sejfie. Przecież wszystko co materialne w życiu możemy stracić, duszy nie.
Ostatnim akordem powieści było stwierdzenie wodza Dobrych ludzi, że postanowili się już nie odradzać jako plemię. Nie będą im się rodziły dzieci, wszyscy zestarzeją się i umrą- to będzie koniec plemienia. Przeżyli swoje życie tak jak trzeba i nie ma potrzeby ponownego odradzania się. Ta książka została głęboko we mnie i nie umiem przejść dalej nad życiem nie pamiętając prawd, jakie były w niej zawarte.

Źródło: http://www.sm.fki.pl

2007-01-16 22:44
geminus

No ,fajna książka czytałem z 10 lat temu smile.gif

to jeszcze dołoże do tematu .Chodzi o:
Artykuł
Aborygeni - Ludzie Prawdziwi
(nie wiem czy akurat link tak sie otworzy)
Aborygeni zawsze pamiętają o duchowym aspekcie tego, co robią.
Pozdrówki.

2007-01-16 23:18
halley

geminus, pozwolę sobie go wkleić bo link prowadzi do innego artykułu. Link oczywiście do wglądu.

Tekst:

Aborygeni wierzą, że wszystko co się dzieje na naszej planecie, ma jakiś określony cel. Nic się nie dzieje dla kaprysu, przez pomyłkę czy przypadkowo. Niektórych rzeczy albo jeszcze po prostu nie rozumiemy, albo są one tajemnicą, której dotąd zwykłym śmiertelnikom nie wyjawiono. Rośliny żyją – ich zdaniem – po to, by zapewnić pokarm zwierzętom i ludziom, by wiązać ziarna gleby, by szerzyć piękno, wzbogacać tlenem powietrze i utrzymywać równowagę w przyrodzie. Taki jest cel ich egzystencji.
Natomiast zwierzęta wcale nie żyją po to, by stać się pokarmem dla ludzi. Ale, gdy zachodzi taka potrzeba, godzą się na tę rolę. Istotnym celem istnienia zwierząt jest to, by towarzyszyły człowiekowi, by człowiek uczył się biorąc z nich przykład i by mu czasem pomagały w pracy. Codziennie rano plemię wysyła do roślin i zwierząt, które mogą się znaleźć na ich drodze, przekaz myślowy, rodzaj przesłania, mówiąc im: “Tu jesteśmy, jest nas sześćdziesięcioro troje, idziemy w waszą stronę, chcemy uhonorować cel, dla którego istniejecie”. Decyzja, które z nich zostaną wybrane, należy już do roślin i zwierząt – muszą same między sobą to ustalić.
Plemię Prawdziwych Ludzi (tak się określa jedno z plemion aborygenów) nigdy nie cierpi na brak jedzenia. Przyroda zawsze odpowiada na ich wygłoszony w myśli apel. Ludzie Prawdziwi wierzą, że świat jest pełen wszelakich dóbr.
Ludzie Prawdziwi nie mieli żadnych zapasów, niczego nie siali ani nie zbierali. Wędrowali przez rozżarzony australijski outback (interior) wiedząc, ze przyroda hojnie ich każdego dnia obraduje. I nigdy się nie rozczarowali.
Aborygeni potrafili znajdować wodę tam, gdzie na pozór nie było ani śladu wilgoci. Czasem kładli się na piasku i nasłuchiwali albo trzymali ręce przed sobą, zwrócone wnętrzem dłoni do ziemi, i poszukiwali wody podobnie jak różdżkarze. Obecność wody rozpoznawali także z daleka, obserwując opary unoszące się nad rozgrzaną ziemią, potrafili nawet poznać ją po zapachu i wyczuć w powiewie wiatru.
Aborygenom wystarczy jedno spojrzenie, by stwierdzić, czy ślad na piasku pozostawiło zwierzę chodzące, skaczące czy pełzające. A ślady stóp swoich współplemieńców znali tak doskonale, że patrząc na nie, poznawali po długości i zamaszystości kroku, czy ten, kto je pozostawił, czuje się dobrze, czy jest chory i dlatego szedł powoli. Najdrobniejsza zmiana w ustawieniu stopy, widoczna w odbiciu na piasku, zdradzała im, w którą stronę przypuszczalnie skierował się przechodzący tędy człowiek. Aborygeni mają o wiele silniej rozwinięty zmysł spostrzegania niż ludzie żyjący w innych kulturach. Także ich zmysł słuchu, wzroku i powonienia wydają się znacznie przekraczać normalny poziom. W śladach stóp dopatrują się wibracji, która więcej im mówi niż odbicie na ziemi. Podobno tropiciele przemytników, będący z pochodzenia aborygenami, znani są z tego, że umieją rozpoznać po śladach opon szybkość i typ pojazdu, datę i czas przejazdu, a nawet ...ilu wiózł pasażerów. Aborygeni ogromnie dbają o to, by nigdy nie wyrywać z ziemi całego korzenia rośliny. Zawsze zostawiają tyle, by pozwolić jej odrosnąć. Są zadziwiająco świadomi tego, co nazywają “pieśnią ziemi” , a co jest chyba jakimś bezgłośnym apelem przyrody do człowieka, by jej nie niszczył. Wyczuwali najmniejsze skażenie środowiska i natychmiast podejmowali działanie, by je usunąć.
Starsi wiekiem aborygeni mieli bardzo wiele wiadomości o rosnących dziko roślinach, ziołach i kwiatach, których użyteczność w zapobieganiu chorobom i ich leczeniu była nie tylko potwierdzona pragmatycznie, ale dawała się naukowo zbadać i uzasadnić. Ludzie mieszkający w buszu byli prawdziwymi autorytetami w tej dziedzinie. Tubylcy biją rekordy długowieczności i rzadko zapadają na choroby degeneracyjne.

Prawdziwi Ludzie są zasadniczo wegetarianami. Przez całe stulecia żywili się tylko tym, co uzbierali w przyrodzie. Jedli więc dzikie owoce, tropikalne bulwy ignam, jagody, orzechy i nasiona. Od czasu do czasu urozmaicali swoje menu rybami lub jajami żółwi lub ptaków. Gdy trafiły im się odpowiednie ziarna, mełli je na mąkę, z której piekli podpłomyki. Tylko z konieczności, gdy biali wyparli ich z terenów nadmorskich i zmusili do życia w outbacku, zaczęli jeść mięso.
Aborygeni zawsze pamiętają o duchowym aspekcie tego, co robią. Nie dziwiło mnie więc, gdy ktoś z nich skomentował polewanie mięsa sosem jako akt symbolizujący system wartości odmieńców (białych ludzi). Zamiast żyć czystą prawdą, wolą ją ukryć za zasłoną wygodnictwa, materializmu i niewiary. Podczas rozmowy o zwyczaju robienia tortów urodzinowych, aborygeni zakwestionowali tym razem czynność lukrowania. Uznali ją za symbolizującą fakt, że odmieńcy większość życia spędzają na powierzchownych, nietrwałych i upiększających zabiegach, a niewiele uwagi poświęcają temu, by odkryć, kim naprawdę jest człowiek i czym jest życie wieczne.
Zwyczaj urządzania przyjęć urodzinowych wydał im się wręcz humorystyczny. Jeśli biali ludzie tak wielką wagę przywiązują do tego, że się starzeją i bardzo się tym przejmują, to o ile byliby szczęśliwsi, gdyby istnieli jako góra czy wiatr. Te wydają się być wieczne, trwając bardzo długo. Obserwując moich towarzyszy wędrówki stwierdziłam, że to plemię jest niezwykle zdrowe. Liście tutejszych krzewów zawierają olejki eteryczne o działaniu antybakteryjnym. Mają również właściwości ściągające, dzięki temu są bardzo pomocne w zwalczaniu infekcji jelit oraz jako środek przeciw pasożytom. Aborygeni te aromatyczne olejkodajne rośliny zazwyczaj wyciskają, moczą w wodzie, a potem wcierają go w piersi, plecy lub krzyż. Czasem go podgrzewają i robią inhalacje. Lek w ten sposób otrzymany wydawał się czyścić krew, stymulować pracę gruczołów limfatycznych i wspomagać system odpornościowy organizmu.
Kiedyś udało mi się rozpoznać i odszukać w naturze kwiaty, których płatki zjadali. Odkryłam, że był to aktywnie działający lek przeciw tyfusowy. Przypuszczalnie wiele z tych naturalnych środków, które zażywali, działało podobnie jak nasze szczepionki, pobudzając i wzmacniając system odpornościowy. Z kolei z kory małego drzewa przypominającego wierzbę, aborygeni produkowali lek o właściwościach aspiryny i stosowali go przy różnych wewnętrznych zaburzeniach oraz jako środek przeciwbólowy. Co się tyczy antykoncepcji, to przywódca plemienia wyjaśnił mi, że jego ludzie uważają za oczywiste, iż należy dawać życie dzieciom tylko wtedy, gdy będą chciane, kochane i zaplanowane. Świadoma prokreacja istniała u nich od zarania dziejów. Zgodnie z ich wierzeniami urodzenie dziecka oznacza, że jego rodzice dostarczyli ziemskiego ciała dla błąkającej się duszy, jakiejś bliskiej im, zmarłej osoby, która teraz będzie miała gdzie mieszkać. Inaczej niż u nas – dla nich nie jest ważne, czy dziecko ma jakieś fizyczne wady. Nie o ciało im bowiem chodzi, ale o ten niewidzialny klejnot, który jest w nim ukryty, o duszę. To on ma być bez skazy i na zasadzie wzajemności ma wspomagać ciało.

Członkowie tego plamienia są z natury wyjątkowo zdrowymi ludźmi, ale gdy ich zdrowie jest zagrożone, potrafią bardzo skutecznie interweniować. Umieli leczyć choroby i zapobiegać im, choć nigdy nie studiowali biochemii ani patologii.
Ludzie Prawdziwi mają niezwykle dobry wzrok. Rutyna, jaką zawierają niektóre rosnące tu rośliny, jest ogólnie przyjętym środkiem używanym w lekach do leczenia naczyń krwionośnych oka. Przez tysiące lat, gdy aborygeni sami zamieszkiwali Australię i mieli ten kontynent tylko dla siebie, nauczyli się rozróżniać, które substancje zawarte w roślinach mają korzystne działanie na organizm człowieka. Wśród dziko rosnących roślin, krzewów i drzew owocowych są takie, które zawierają substancje szkodliwe i trujące. Aborygeni umieją je odróżniać i doskonale wiedzą, których roślin należy unikać, bo są trujące, a które można spożywać po pewnych specjalnych zabiegach, jak odrzucenie cząstek szkodliwych albo płukanie czy pieczenie.

Bez względu na to czy zabijamy w obronie, z zemsty, dla wygody czy dla zdobycia pożywienia – zabijanie pozostaje zabijaniem. Dla nas – Ludzi Prawdziwych – przykazanie: “Nie zabijaj!” jest święte. Aborygeni twierdzą, że skoro nie od nas zależy początek życia, to nie powinniśmy powodować jego końca. A jeśli dusza jest nieśmiertelna, to i tak nie można jej zabić. Oni wierzą w wolną wolę. Dusza z własnego wyboru przychodzi, by zamieszkać w naszym ciele.

Aborygeni wierzą, że najważniejsze jest to, co człowiek czuje, jakie jest jego emocjonalne nastawienie do rzeczy, ludzi i zdarzeń. Ich zdaniem tylko to się liczy. Nasze stany emocjonalne rejestruje każda komórka ciała. Pozostawiają one trwały ślad w naszej osobowości, w naszym umyśle i duszy. Jeśli podlejesz ginącą roślinę, dasz wody chcącemu pić zwierzęciu lub dodasz komuś odwagi, to czyny te w takim samym stopniu zbliżają cię do istoty życia i do Boga co napojenie spragnionych i nakarmienie głodnych. Opuszczając ziemski padół, zabierzemy ze sobą “świadectwo ze sprawowania”, na którym będzie odnotowane, jak w każdym momencie życia rządziliśmy się naszymi uczuciami. To one właśnie, te niewidzialne uczucia, kryjące się w głębi naszej duszy, świadczyć będą o tym, kto z nas był dobry, a kto zły. Czyny zaś to jedynie tuba, przez którą uzewnętrzniamy nasze uczucia i intencje.

Plemię Ludzi Prawdziwych uważa, że nie jesteśmy przypadkowymi ofiarami choroby, ale że to, co spotyka nasze ciało, jest sygnałem przekazywanym naszej świadomości przez Opatrzność. Choroba, spowalniając aktywność naszego organizmu, pozwala nam się rozejrzeć dookoła i spokojnie przemyśleć, gdzie leży zło, które należy naprawić. Mamy więc szansę przyjrzeć się niezdrowym relacjom społecznym, jakie u nas panują, i zobaczyć wzajemne urazy, brak zaufania, niepewność i strach, słabnącą wiarę w Boga, zatwardziałość naszych serc i niezdolność do przebaczania.

Po naszym pikniku nie został żaden śmieć ani ślad biwakowania. Nie sposób by było stwierdzić, żeśmy tu kiedykolwiek obozowali i ucztowali. To samo można by powiedzieć o każdym miejscu naszego postoju. Aborygeni umieją po mistrzowsku włączyć się w przyrodę, korzystać z jej zasobów, a gdy odchodzą – pozostawić ją nietkniętą i nie uszkodzoną.

Aborygeni nie znali tkactwa, garncarstwa, obróbki metali. Nie budowali domów. Całą swą kulturę wyrażali nie w wynalazkach i udogodnieniach, lecz w bogatym życiu duchowym i w sztuce. Sztuka naskalna jest dla aborygenów tylko częścią ich ekspresji artystycznej. Ozdabiają oni także pnie drzew i narzędzia, wykonują instrumenty muzyczne i gigantyczne rytualne rysunki na powierzchni ziemi.

Aborygeni wierzą, że wystarczy chcieć się zmienić, by móc tego dokonać, i to bez żadnych ograniczeń. Każdy z nas może zmienić w sobie absolutnie wszystko, co tylko zechce. Możesz pozbyć się każdej wady i zyskać każdą zaletę. Uważają też, że tylko wtedy możesz mieć dodatni wpływ na drugiego człowieka, jeśli twoje życie może być mu przykładem, jeśli sam zachowujesz się bez zarzutu i czynisz dobro. Dzięki tej wierze członkowie szczepu nieustannie pracują nad sobą, by stać się lepsi. Każdy z nas jest niepowtarzalną indywidualnością, kimś jedynym w swoim rodzaju. Każdy ma też pewne charakterystyczne cechy, które, gdy występują ze szczególną siłą, mogą się z czasem okazać wybitnym talentem.

Jest tylko jedna ludzka rasa, choć ma różne odcienie. Prawda jest jedna: Jeśli kogoś zranisz, ranisz siebie. Jeśli komuś pomożesz, pomagasz sobie. Wszyscy jesteśmy z tej samej krwi i kości, tylko serca i intencje mamy różne.
Nie ma wielkiej szkody, gdy ktoś chce na krótko wystawić na próbę swoje negatywne emocje i przekonać się, jak to jest. Ale pozostawanie w takim stanie dłużej na pewno nie jest mądre. Korzystajmy z życia! Przekonajmy się, czy lepiej być szczęśliwym, czy nieszczęśliwym, radosnym czy smutnym, odczuwać zazdrość czy wdzięczność. Ale to doświadczenie musi nas czegoś nauczyć, musimy wyciągnąć z niego wnioski i dobrze zapamiętać, co sprawia ból, a co daje szczęście.

Aborygeni nie obchodzą żadnych stałych świąt. Także urodziny nie wydają im się okazją godną celebrowania. Każdy jednak aborygen mógł liczyć na to, że jego współplemieńcy kiedyś w ciągu roku urządzą mu indywidualne święto, by uczcić jego zdolności i postępy w pracy nad sobą. Ich zdaniem w człowieku powinno się szanować to, że staje się lepszy, rozwija się duchowo, a nie to, że się starzeje.
Aborygeni uważają białych ludzi za odmieńców o dziwnych cechach. Po pierwsze zauważyli, że odmieńcy nie wytrzymują długiego przebywania na otwartej przestrzeni. Spędzają życie w sztucznie ogrzewanych lub chłodzonych budynkach. Po drugie – układ trawienny odmieńców nie dorównuje temu, jaki posiadają Ludzie Prawdziwi. Odmieńcy muszą proszkować, emulgować, przetwarzać i konserwować pokarmy. Spożywają więcej produktów sztucznych niż naturalnych.

Ludzie Prawdziwi wierzą, że życie jest w ciągłym ruchu, postępuje naprzód i zmienia się. Mówią, że można żyć i nie być przebudzonym, i to jest tak, jakby się nie żyło. Bo gdy człowiek jest zły, cierpi na depresję, roztkliwia się nad sobą i ogarnia go strach, wtedy nie żyje naprawdę. To, że ktoś oddycha, nie dowodzi jeszcze, że żyje. To tylko wskazówka dla innych, kogo trzeba pochować, a kogo jeszcze nie. Nie wszyscy ludzie, którzy oddychają są przebudzeni i żyją.

2007-01-17 20:39
Ariadna

halley, dzięki za ten artykuł, uwielbiam czytać o aborygenach! Muszę przeczytać tą książkę. :-)

2007-01-17 20:43
Marine

Ciekawe artykuły.....

2007-01-17 20:53
halley

No czasem można poczuć zawstydzenie jak się to czyta....

2007-01-18 09:37
aneta

CYTAT(halley)
Ludzie Prawdziwi wierzą, że życie jest w ciągłym ruchu, postępuje naprzód i zmienia się

Ja też w to wierzę, i też uważam się za ''Ludzia'' Prawdziwego, pomimo, że żyję w sztucznie ogrzewanym budynku, jem przetworzoną żywność itd.
CYTAT(halley)
Bo gdy człowiek jest zły, cierpi na depresję, roztkliwia się nad sobą i ogarnia go strach, wtedy nie żyje naprawdę.

Nie jestem zła, nie cierpie na depresję, nie roztkliwiam sie nad sobą, czasem czuję strach - to chyba żyję naprawdę?
CYTAT(halley)
Aborygeni uważają białych ludzi za odmieńców o dziwnych cechach
Dla mnie też są egzotyczni, aczkolwiek ich szanuję i traktuję jako braci, od krótych można się uczyć, niekoniecznie naśladować.
Czuję się prawdziwa w mojej białej skórze, kolorowych ubraniach z tworzyw sztucznych, wybrałam sobie takie wcielenie w takie ciało i w takim miejscu, w którym obecnie żyję.
Jeżeli ktos jest przebudzony, to nie ma dlaniego znaczenia, gdzie aktualnie przebywa.
CYTAT(halley)
Jest tylko jedna ludzka rasa, choć ma różne odcienie. Prawda jest jedna: Jeśli kogoś zranisz, ranisz siebie. Jeśli komuś pomożesz, pomagasz sobie. Wszyscy jesteśmy z tej samej krwi i kości, tylko serca i intencje mamy różne.

Pozdrawiam Aborygenów przytul.gif

ps. Czy oni się przytulają?

2007-01-18 16:15
Amethis

Ja znów tak z drugiej strony... jakiś czas temu rozmawiałam z dziewczyną która po świecie jeździ sama i mieszka w różnych dziwnych miejscach. Rozmowa zeszła także na Aborygenów. Okazało się, że siedziała jakiś czas w Australii i Aborygeni zaprosili ją aby przez jakiś czas też z nimi pomieszkała. Może to był jakiś inny "szczep", bo z tego co ona opowiadała są to ludzie dzicy i nieokrzesani, bez umiejętności opanowania swoich emocji i bardzo agresywni :shock:

Wniosek jest chyba taki, że w kazdej "rasie" znajdzie się Ludzi Prawdziwych i tych którzy jeszcze trochę mają do przerobienia. Artykuł brzmi wspaniale, ale wygląda na to że wśród Aborygenów są tak rózne grupy ludzi jak wśród białych ;-)

2007-01-18 21:42
Chmurzasta

CYTAT(Amethis)
Wniosek jest chyba taki, że w kazdej "rasie" znajdzie się Ludzi Prawdziwych i tych którzy jeszcze trochę mają do przerobienia. Artykuł brzmi wspaniale, ale wygląda na to że wśród Aborygenów są tak rózne grupy ludzi jak wśród białych

No właśnie zgadzam się, a etykietki raczej należy zdejmować niż przyklejać i o ile jest to możliwe na własnej skórze doświadczać, aby dopiero potem móc uformować swoje zdanie a nie od razu ufać jakimś tam ''tekścikom'' :-P ;-)

2007-01-18 22:30
bapaszka

CYTAT(Amethis)
ona opowiadała są to ludzie dzicy i nieokrzesani, bez umiejętności opanowania swoich emocji i bardzo agresywni

Moze energetyczni, spontaniczni, pelni wigoru i sily ducha raczej!? A emocje to chyba nic zlego? Dobre emocje nie sa zle! slonko.gif

2007-01-18 22:39
halley

Ja to widzę tak, nieważne, że bywają tacy, którzy są odbiegają od tych przedstawionych w tym tekście. Ważne co ten tekst przekazuje. Mi czasem robiło się głupio, czasem mnie olśniewało innym razem widziałem co byłoby dobrze u mnie zmienić. Tekst nie jest o tym, czy mamy ich kochać, czy obrzucać błotem usprawiedliwiając się tym, że każdy ma swoje życie. Ten tekst pokazuje bardzo wiele fajnych rzeczy nad którymi warto się chociaż zastanowić, odnieść to do swojego życia zastanawiając się czy nie byłoby lepiej gdybym i ja zmienił coś w sobie?

Gadać potrafi każdy ale czynić tylko nieliczni.

2007-01-18 22:47
Chmurzasta

CYTAT(halley)
Gadać potrafi każdy ale czynić tylko nieliczni.

Właśnie halley :-P

2007-01-19 00:33
Amethis

CYTAT(bapaszka)
CYTAT(Amethis)
ona opowiadała są to ludzie dzicy i nieokrzesani, bez umiejętności opanowania swoich emocji i bardzo agresywni

Moze energetyczni, spontaniczni, pelni wigoru i sily ducha raczej!? A emocje to chyba nic zlego? Dobre emocje nie sa zle! slonko.gif

No nie bapaszko, właśnie ona to przedstawiła jako złe emocje i agresywność a nie spontaniczność i pełnię wigoru... a to duża różnica oczko.gif

Artykuł jest rzeczywiście inspirujący. Ja chciałam tylko zwrócić uwagę że w każdej grupie, czy społecznej, czy rasowej, czy jeszcze innej, są różne jednostki. Od jednych my możemy sie czegoś nauczyć, a inne powinny uczyć sie od nas. I tylko tyle slonko.gif

A co do przewagi czynów nad słowami - spójrzcie na podpis z którym od początku mego tu istnienia się "obnoszę" i zobaczycie że to też i moje motto oczko.gif

2007-01-20 23:14
Samba

Ciekawe teksty, choć zawarte w nich refleksje są mi znane. Bardzo mi sie podoba stwierdzenie że człowek jeżeli chce może zmienić u siebie wszystko. Ja trzymam sie tej tezy od wielu lat. Moja pasją jest praca nad soba. Udało mi się zmienić naprawdę bardzo wiele. Udało mi sie stanąć na nogi, choć już nie chodziłam. Pokonałam niepełnosprawność i róźne choroby. Wiem, że w człowieku jest moc i siła do dokonywania zmian tylko trzeba je uruchomić , uwierzyć i chcieć.

Krysia

2007-01-20 23:50
halley

Samba, niesamowite co piszesz, gratulacje, bo nie tylko pokonałaś własne jakieś ułomności, ale stałaś się dowodem, że można!

2007-01-21 11:09
Marine

Samba - no to rewelacyjnie! Moje gratulacje! Może zechcesz założyć osobny temacik by podzielić się w jaki sposob uzdrowiłaś siebie? smile.gif (Ja właśnie praktykuję wizualizacje metodą Monahan połączoną z innymi metodami.)

2007-04-24 12:20
szu_bu_bu

Czytałam tę książkę Marlo Morgan po raz pierwszy 10 lat temu i wracam do niej nieraz, aby przypominać sobie te bogate inspiracje.

Od samego początku zaadoptowałam z niej jedną formułkę i stosuję do dziś.

Aborygeni bardzo rzadko o coś proszą, a jeśli już to robią, to opatrują to slowami: "jeśli jest to dla mego najwyższego dobra i dobra otoczenia".

Nawet przy składaniu życzeń innym tak formułuję. Bo to bardzo potrzebne w naszym świecie, gdy wciąż upieramy się, aby mieć to coś/albo kogoś, wierząc, że to (lub ta osoba) właśnie zapewni nam szczyt szczęścia, a potem w praktyce okazuje się szczytem nieszczęścia.
Nam trudno to nieraz w danym zrozumieć, bo patrzymy tak krótkowzrocznie i doraźnie, ale z perspektywy czasu często przyznajemy rację.
Piękna książka. slonko.gif

Losowe posty: